Z pingwinem za pan brat :)

PicsArt_1416016470670 Będąc w Argentynie nie mogliśmy przegapić możliwości zobaczenia pingwinów oraz wielorybów na żywo, w ich naturalnym środowisku. Początkowo Patagonię chcieliśmy odpuścić, ze względu na fundusze, jednak w końcu zdecydowaliśmy się. Decyzję podjeliśmy jadąc stopem do… Bariloche, jakieś 1400 km od Peninsula Valdes. Jednak teraz nie żałujemy naszej decyzji, było warto!!! Buenos Aires opuszczaliśmy jeszcze autobusem, jadąc w kierunku Santa Rosa zatrzymaliśmy się w Chivilcoy, miejscowości położonej jakieś 200 km od  stolicy. Kierowaliśmy się do Bariloche, górskiego miasteczka, przypominającego nasze Zakopane. W Chivilcoy rozpoczęliśmy już nasze backpackersowe życie w Argentynie.  Podjęliśmy decyzję, że jedziemy stopem, bo fajnie jest przeżyć trochę przygody, poznać nowych ludzi i kulturę. Zatrzymywanie samochodów na wyciągnięty kciuk szło nam całkiem nieźle i właśnie wtedy narodził się pomysł: ‚jedźmy zobaczyć wieloryby na południe!!!’ Szybka reakcja i z Santa Rosa ruszyliśmy do Puerto Madryn. Jadąc na południe spotkaliśmy na swojej drodze mnóstwo wspaniałych ludzi, którzy nie bali brać się pary turystów z Polski. Jednak o naszych odczuciach o podróżowaniu stopem w Argentynie w innym wpisie. Około dwóch-trzech dni zajęło nam dotarcie do miejsca wypadowego na Peninsula Valdes – Puerto Madryn. Po przejżeniu ofert agencji turystycznych zdecydowaliśmy, że dla naszej czwórki najlepiej będzie wynająć samochód. Mieliśmy wtedy możliwość zobaczenia dużej kolonii pingwinów w Punta Tombo oraz przejechania półwyspu. Wszystko to w jeden dzień, pokonanie około 600 km. Ruszyliśmy z samego rana do Punta Tombo jeszcze przed wschodem słońca. Dotarliśmy na pobudkę pingwinów:) Przechadzając się po parku pomiędzy ich „domkami” oglądaliśmy ich poranną toaletę. Świetne przeżycie zobaczyć na wolności zwierzę, które widzi się w ZOO albo programach telewizyjnych. Pingwiny były na wyciągnięcie ręki, w oģóle nie przejmowały się naszą obecnością. Dziewczyny co chwilę jęczały z zachwytu, jakie to pingwiny są słodkie!!!;P W parku spędziliśmy jakieś dwie godzinki, podziwiając Pingwiny Magellana, dobrze że wcześniej nasmarowaliśmy się kremem z filtrem, bo wrócilibyśmy cali spaleni słońcem. Możliwość zobaczenia pingwinów na wolności w ich naturalnym środowisku było wpaniałym przeżyciem, rozczarował nas jedynie fakt, że nie mogliśmy wejść i zobaczyć pingwiny na plaży. No cóż, niestety… Po parku z pingwinami szybko zawinęliśmy się do samochodu i ruszyliśmy na Peninsula Valdes. Kilkaset kilometrów minęło nam bardzo szybko, może dlatego, że część z naszej grupy smacznie chrapała na tylniej kanapie. Nasz Chavrolet Corsa sedan rozgrzany do czerwoności w końcu dotarł do Puerto Piramides, jedynej miejscowości położonej na półwyspie. Właśnie tutaj zakupiliśmy rejs statkiem w poszukiwaniu wielorybów. Wdrapaliśmy się na łódkę razem z około czterdziestoma osobami marzącymi o zaboczeniu tych największych na Ziemii stworzeń i ruszyliśmy. Chwilę odpłynęliśmy od brzegu, a Ela zaczęła krzyczeć, że widzi pierwszego wieloryba. Od razu kapitan statku obrał kurs, aby wszyscy pasażerowie zobaczyli go z bliska. Podpłynęliśmy bliżej i ukazał nam się ogromny ssak razem ze swoim dzieckiem. Przewodnik wyjaśnił, że młode wieloryby są bardzo ciekawskie i często „zaczepiają” statki z turystami, chcąc się pobawić.  Parę razy całkiem nieźle sie wynurzyły, okazując ogrom swojego ciała. Kaśka miała akurat najlepsze miejsce, widząc wieloryby jeszcze jak były pod wodą. Przy każdym wynurzeniu strzelając z milion fotek. Wszyscy pasażerowie łódki zachowywali się jak banda azjatyckich turystów i przy każdym podniesieniu nosa przez wieloryba słychać było miliony wystrzałów, jak z karabinu, tyle że na szczęście (dla wielorybów;) były to tylko niegroźne aparaty. Cały tur trwał jakieś dwie godziny i żadna z osób będących na łódce nie mogła powiedzieć, że się nudziła. Szczęście uśmiechnęło się do nas, wieloryby były bardzo aktywne i chętne do zabawy, zaciekawione dziwnymi, malutkimi stworzeniami na łódce;) przyczyniła się do tego piękna, słoneczna pogoda. Wieloryby, jak ludzie, są bardziej aktywne kiedy słoneczko świeci na niebie. Ja co chwilę słyszałem pojękiwania pewnej Hiszpanki, która potrafiła chyba tylko powiedzieć „łał”, przy wynurzeniu wieloryba. Podczas tej wycieczki udało się nam zobaczyć słynną tylną płetwę wiloryba, co możecie zobaczyć na zdjęciach zamieszczonych na naszym blogu, słynną ze względu na ogromną ilość pocztówek oraz pamiątek z jej wizerunkiem…Nasz rejs minął nam jak z bicza strzelił, czas jest nieubłagany i musieliśmy wracać na brzeg. Nie koniec jednak atrakcji na dzisiejszy dzień  jeszcze do objechania cały półwysep, a czasu tak mało…już wiedzieliśmy, że nie damy rady wrócić do określonej godziny zwrotu wynajętego samochodu. Wykonaliśmy szybko telefon do agencji, ok , za dodatkową opłatą możemy wrócić dwie godziny później. Mając mało czasu wybraliśmy najciekawszy fragment półwyspu. Niestety nie mięliśmy jeepa, a jedynie Corsę sedan z dosyć niskim podwoziem i pokonywanie drogi szutrowej nie należało do najłatwiejszych, jednak mimo wszystko, było warto. Na plaży, którą widzieliśmy z klifu wylegiwały się lwy morskie, słonie morskie oraz foki. Jeszcze, aby było ciekawiej jacyś turyści krzykneli, JEST ORKA. Ssak, którego mięliśmy nie widzieć, jedynie jeden procent szans na jego zobaczenie. Kolejny traf szczęścia:) Największy kiler na świecie patrolujący wybrzeże, dla nas szczęście, a dla zwierząt wylegujących się na brzegu może wyrok śmierci. Orka ewidętnie zgłodniała i chciała upolować soczystą foczkę wylegującą się na plaży. Kilka fot i trzeba było szybko ruszać, aby oddać samochód przed zamknięciem agencji. Początkowo obawialiśmy się czy zdążymy dojechać przed zamknięciem, jednak po przejechaniu kilku kilometrów nasze oczy przykuła kontrolka pokazująca stan benzyny w baku. Kończyła się nam wacha. To już dwa zmartwienia i każde bardzo poważne. Najbliższa stacja znajdowała się około 10 km przed naszym miejscem docelowym. Łukasz za kierownicą starał się jechać bardzo ekonomicznie, mając jednak na uwadze godzinę, o której musieliśmy oddać auto. Z nożem na gardle przemierzyliśmy kilkadziesiąt kilometrów co chwilę spoglądając to na zegarek, to na stan poziomu benzyny. W końcu już praktycznie na oparach dotarliśmy do stacji benzynowej. Szybka akcja i mieliśmy jedynie dziesięć minut na dotarcie do agencji. Wcielając się w kierowcę rajdowego Łukasz ruszył do miasta. Trochę błądzenia w Puerto Madryn i byliśmy na miejscu, minutę przed zamknięciem. Udało się, ale stracha mięliśmy, początkowo, czy starczy nam wachy, a później czy zdąrzymy na czas… Półwysep Valdes będziemy naprawdę miło wspominać. Dla nas Patagonia to wspaniałe egzotyczne zwierzęta, takie jak lamy,wieloryby, lwy morskie, foki, slonie morskie i pingwiny, które zdobyły nasze serca. Na pewno jest to miejsce godne odwiedzenia i każdemu je polecamy kto udaje się do Patagonii. Ela&Kamil

Reklamy

Argentyna stopem

45
Argentyna to kolejny obok Brazylii gigant pod względem powierzchni w Ameryce Południowej. Pokonywanie odległości rzędu 100-200 km to nic. Tutaj, aby przemieścić się pomiedzy intesującymi nas regionami musięliśmy pokonać tysiące kilometrów, a autobus do tanich nie należy. Dlatego wybraliśmy łapanie stopa.

Kierując się na południe Argentyny chcieliśmy przeżyć fajną przygodę, poznać ciekawych ludzi, dowiedzieć się czegoś więcej o tym kraju.

Pierwszy raz stopa chcięliśmy łapać jeszcze w Brazylii, jadąc z Sao Paulo do Rio de Janeiro. Niestety nie szło nam to najlepiej i ostatecznie pojechaliśmy autobusem. W Argentynie wyruszyliśmy z małego miasteczka koło Buenos Aires i kierowaliśmy się na zachód w stronę Santa Rosa. Początek nie był taki różowy. Z BsAs przyjechaliśmy na dworzec autobusowy w centrum Chivilcoy autobusem i musieliśmy dostać się na drogę nr 5, która była oddalona kilka km, a na dodatek podał deszcz i wiał zimny wiatr. Pogoda absolutnie nie zachęcała do stania z wyciągniętym kciukiem i łapania okazji. Po około dwóch godzinach cali przemoknięci i zmarznięci dotarliśmy w końcu do drogi. Po mieście oprowadzały nas… bezdomne psy, które jakoś sobie nas upodobały. Może myślały, że my mając na plecach nasze ogromne plecaki należymy do ich grupy? Wracając do stopa. Kiedy doszliśmy do drogi okazało się, że w tym miejscu jest stacja benzynowa (super!), większość aut zatrzymywała się, aby uzupełnić wachę. Jedna para stanęła przy wjeździe, druga przy wyjeździe. Czekaliśmy raptem parę minut i Kaśka z Łukaszem już jechali. Zatrzymała się jakaś kobieta, która widząc blond włosą dziewczynę samą łapiącą stopa bała się o nią. Łukasz w tym czasie był kawałek dalej, chował plecaki pod drzewo, aby nie zmokły. My staliśmy jeszcze chwilę i poszliśmy na ich miejsce. Chwila moment i zatrzymał się tir jadący akurat do naszego miejsca przesiadkowego, czyli Santa Rosy. Łamanym hiszpańskim trzeba było z nim jakoś rozmawiać, a znamy raptem kilka wyrazów w tym języku. Zaczęło się od naszego opowiadania jak się tu znaleźliśmy, gdzie jedziemy, skąd jesteśmy, jak się nazywamy itd. Minęło nam trochę czasu i nastała cisza, jedynie od czasu do czasu przerywana rozmową oraz muzyką. Matias, tak właśnie nazywał się nasz dobroczyńca miał 31 lat, był w separacji ze swoją żoną i miał ośmioletnią córkę. Mieszkał niedaleko Buenos Aires, a jako kierowca tira jeździł już ładnych parę lat. Ogólnie był bardzo sympatycznym człowiekiem, z którym fajnie się rozmawiało o jego kraju, muzyce, czy piłce nożnej przy jerba matte.

A piją to w Argentynie chyba wszyscy. Do małego kubeczka (100-150ml) wsypuje się jerbę praktycznie aż do zapełnienia, dosypuje się dosyć dużo cukru i zalewa gorącą wodą. W środku tej wody jest chyba tylko na jeden-dwa łyki, które wciąga się przez rureczkę. Bardzo mocną herbatę, bo tak to smakuje uzupełnia się co chwilę kolejny raz wodą i tak przez parę razy.

Matias po poznaniu nas zaoferował nam, że możemy u niego spać w kabinie razem z nim. Od razu zaznaczył, że Ela będzie spała na łóżku z tył, ja na miejscu pasażera, a on na miejscu kierowcy. Troszkę się z nim posprzeczaliśmy nie chcąc go za bardzo wykorzystywać i chcąc oddać mu jego łóżko na noc, ale stanowczo odmówił. Matias ewidentnie ugościł nas jak w domu.

Następnego dnia dotarliśmy do Santa Rosa. Wyskoczyliśmy z tira na pierwszej stacji benzynowej przy wjeździe do miasta, zresztą w tym miejscu byli w nocy Ķaśka z Łukaszem. Oni na dwa auta dojechali do tej stacji, będąc na miejscu jeszcze w nocy. Cały czas mięliśmy ze sobą kontakt telefoniczny. To właśnie od nich wiedzieliśmy, że na tej stacji nic się nie złapie, że trzeba przejść przez miasto do drogi wylotowej w stronę Rio Colorado. Zapomniałem wcześniej napisać, że pierwotnie jechaliśmy do Bariloche, miasteczka położonego u stóp Andów, coś jak nasze Zakopane, a podczas jazdy stopem zdecydowaliśmy się na Peninsula Valdes. Trochę inne kierunki, Bariloche na południowy zachód, a Peninsula na południowy wschód od Santa Rosa.

W Santa Rosa spotkaliśmy się w czwórkę. Doszliśmy do miejsca, na którym oni stali już chyba od dwóch godzin chcąc zatrzymać jakiś samochód. Nie wyglądało to za dobrze. Krótka wymiana przeżyć związanych z wczorajszą podróżą i trzeba było ustawić się w innym miejscu. Kawałek dalej znaleźliśmy stację benzynową i zlokalizowaliśmy nasz punkt. Wystawiliśmy kciuki do góry i z nadzieją czekaliśmy aż ktoś się zatrzyma. Jeden, drugi, dziesiąty samochód nas mijał i nic. Czas leciał, a my dalej w tym samym miejscu. Pyrki już jakiś czas temu pojechały tirem. Czekaliśmy z półtora godziny i zlitował się w końcu jakiś mężczyzna, który jechał około 15 km od Santa Rosa. Cóż nie jest to daleko, ale trzeba było się wydostać z tego przeklętego miejsca. Chwilka minęła i już musieliśmy wysiadać. Początkowo byliśmy przerażeni, że to jest znacznie gorsze miejsce do złapania czegokolwiek, bo nie było tam ani stacji benzynowej, ani zatoczki, jedynie parę domów. Takie jedno z nielicznych pueblo, które mijaliśmy jadąc tirem. No cóż zarzuciliśmy szybko plecaki i stanęliśmy na głównej drodze. Jeszcze nie zrzucając toboła wyciągnąłem kciuka do pierwszego samochodu i z zaskoczeniem patrzyliśmy jak się zatrzymuje ogromny tir z oplandekowaną naczepą. Podbiegliśmy do kierowcy, a on pyta gdzie jedziemy. My odpowiadamy, że do Rio Colorado, a on mówi wskakujcie, jadę do Trelew. Nam szczęki opadły… Trelew jest około 60 km na południe od Puerto Madryn, naszego celu. Złoty strzał, będąc jakieś 700-800 km od celu łapiemy stopa, który podwozi nas praktycznie na miejsce:) Uradowani rozsiadamy się w kabinie Alejandra i dotrzymujemy mu towarzystwa przez kilkaset kilometrów. Standardowa rozmowa łamanym hiszpańsko – migowym językiem i już wszystko o sobie wiemy. Alejandro ma 32 lata, swój zawód wykonuje od kilku lat, wcześniej pracował przez osiem lat w Puerto Madryn, ma córkę 11 letnią, a z żoną jest w separacji. Jadąc z nim czujemy się bardzo odprężeni, Ela na pewien czas kładzie się z tył na łóżku i przesypia kawał drogi. Ja staram się rozmawiać o wszystkim o czym tylko się da. Przemierzając Pampę (region w Argentynie) dziękujemy w myślach, że nas zabrał ze sobą, bo pogoda oraz ruch na drodze nie są najlepsze. Za oknem przechodzi ulewa, nagle robi się strasznie ciemno. Samochodów jest jak na lekarstwo, może ze dwadzieścia widziałem przez 150 km. Po rozmowie z Alejandro dowiadujemy się, że nasza droga nie jest najlepsza do łapania stopa do Puerto Madryn i mieliśmy dużo szczęścia, że go złapaliśmy. Ciekawa historia z nim związana to taka, że zgodnie z poleceniami szefa nikt z firmy, w której pracuje nie może brać autostopowiczów, bo grozi mu kara 500 peso (około 200 zł). Ostrzegł nas o tym wcześniej i zakomunikował, że jeżeli będziemy widzieli tira z jego firmy musimy się schować, bo kierowcy lubią na siebie kablować. Razem z nim spędziliśmy całkiem miło czas, rozmawialiśmy m.in. o jedzeniu, winie, zwyczajach Argentyńczyków. Wieczorem zatrzymaliśmy się na chwilkę na stacji benzynowej, aby obejrzeć zachód słońca. Wymęczeni całodzienną jazdą dostaliśmy do spróbowania liście koki, które są bardzo popularne w Ameryce Południowej. Nie należy ich mylić z narkotykami, bo nimi nie są. Stosuje się je w celu zapobieganiu zmęczenia oraz na dolegliwości żołądkowe. Liście koki napycha się do ust i żuje się przez jakiś czas, nie połykając ich. Mają one smak zwykłej herbaty. Alejandro na tyle nas polubił, że poszliśmy z nim na kolację, oczywiście wołowinka z winem w małej restauracji przy drodze. Po tym trzeba było się przespać, a na zewnątrz nie było za ciepło, na pewno nie jest to dobry okres na rozbijanie namiotu w tym regionie o tej porze roku. Po rozmowie doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie jeśli zostaniemy w kabinie. Rano trzeba było łapać już stopa, który dowiezie nas do centrum Puerto Madryn, ponieważ wysiedliśmy około 8 km od miasta. Żegnając się Alejandro zaproponował nam, że będzie wracać za dwa dni do stolicy i może naszą całą czwórkę zabrać do Rio Colorado. Ucieszyliśmy się, bo nie będziemy się rozdzielać z naszymi towarzyszami podróży, wymieniliśmy numerami telefonów i ruszyliśmy podziwiać Peninsula Valdes.

Z Półwyspu Valdes chcieliśmy jechać do Bariloche, o którym już wcześniej wspominałem. Umówiliśmy się z Alejandro, że da nam znać o której godzinie mamy być na umówionym miejscu i czekaliśmy na sygnał. Mijały minuty, godziny, a nasz kierowca się nie odzywał. Przeczekaliśmy na dworcu autobusowym w Puerto Madryn cały dzień, a osoba, na którą bardzo liczyliśmy wystawiła nas do wiatru, nie dała żadnego znaku życia i to pomimo kilkunastu prób dodzwonienia się do niego. Straciliśmy cały dzień, a mogliśmy być już dawno w drodze. Po takim kopniaku zdecydowaliśmy się odpuścić Bariloche i ruszyć stopem do Zapali, aby tam wsiąść w autobus do Chile. Mieliśmy już kompletnie dość łapania okazji.

Z rana staneliśmy na stacji benzynowej przy wjeździe do P. Madryn i cierpliwie czekaliśmy, aż zatrzyma się jakiś kierowca tira. Przygotowaliśmy sobie nawet kartki z napisem Rio Colorado z jednej strony oraz Zapala z drugiej. Słyszeliśmy, że łatwiej jest wtedy o podwózkę. Kolejne samochody przejeżdżały koło nas nie zwracając nawet uwagi na nasze napisy. W końcu zatrzymał się jakiś tir. Kaśka szybko podbiegła razem z Łukaszem, coś pobajerowali kierowcę i jechaliśmy razem w czwórkę do Rio Colorado. Super!!!! Bez zbędnego rozdzielania się, byliśmy w jednym aucie. Zawsze to raźniej, bo dwie osoby mogą się normalnie przespać, a dwie kolejne rozmawiać, albo przynajmniej starać się zrozumieć kierowce, który ani słowa nie potrafi powiedzieć po angielsku. Tym razem trafiliśmy na Gustavo, który pomimo swoich 35 lat wyglądał na bardzo zniszczonego człowieka. Papierosy, stres i praca za kierownicą zdecydowanie przyspiesza starzenie się organizmu. Nasz nowy znajomy sugerował nam, żebyśmy nie jechali do Zapali, bo droga jest tam szutrowa, bo mało samochodów tam jedzie, a najlepiej będzie dla nas jechać do Mendozy i tam przedostać się do Chile. Do Mendozy mięlibyśmy jeszcze jakieś 700 km od momentu, w którym by nas wysadził, a tak jak my chcięliśmy dystans był znacznie krótszy, a co najważniejsze bliższy granicy z Chile. Wymęczeni łapaniem stopa chcięliśmy być już jak najszybcie w Chile, bo wiedzieliśmy, że wsiądziemy tam w autobus i ruszymy do Santiago. Rozmawiając z Gustavo twardo obstawaliśmy przy swoim, że jedziemy do Zapali. Po paru godzinach podróży wysiedliśmy w Rio Colorado i łapaliśmy kolejnego stopa tym razem do miejsca docelowego.

Łukasz popytał jeszcze kierowców tirów, którzy zatrzymali się na stacji, czy jadą w naszą stronę i otrzymując negatywną odpowiedź ustawiliśmy się na drodze. Raptem chwilka minęła, a pierwsza para już jechała, a za nią kolejna. Tym razem nie udało się jechać jednym tirem. Ja z Elą ruszyliśmy jako drudzy, ale szybko przegoniliśmy Kaśkę i Łukasza. Pogadaliśmy z kierowcą, który okazało się, że z pochodzenia jest Chilijczykiem i mieszkał w Zapali. Tym razem nie jechał jednak do tego miasta. Nastawała już noc, a wiedzieliśmy, że Kaśka z Łukaszem pojadą trochę dalej od nas. Szybko się ze sobą skontaktowaliśmy gdzie wysiadamy i jak się spotykamy. Narodził się jednak plan, abyśmy również my pojechali razem z nimi do Neuquen (jakieś 180 km od Zapali). Pogadali ze swoim kierowcą, a w miejscu naszej wysiadki szybko zrobiliśmy przesiadkę do drugiego tira, w którym byli już oni. Dojechaliśmy do stacji benzynowej wszyscy razem około 30 km do Neuquen i rozbiliśmy na noc namioty. Totalnie wykończeni podjeliśmy decyzję, że z Neuquen jedziemy już autobusem do Chile i na jakiś czas dajemy sobie spokój ze stopem.

Łapanie stopa w Argentynie ogólnie przebiegało bez większych problemów. Kierowcy tirów dosyć chętnie się zatrzymują i zabierają na pokład towarzyszy podróży. Nie odczuliśmy, aby stop w Argentynie był niebezpieczny. Wszyscy napotkani na naszej drodze ludzie byli bardzo mili i sympatyczni, gościli nas tak, jakbyśmy byli u nich w domu. Na pewno należy być ostrożnym i podchodzić do niektórych z dystansem.

Ela&Kamil

Buenos Aires – asado i cinkciarze

02

Nigdy nie wiem od czego zacząć pisząc kolejny post. Tym razem chciałbym podzielić się odczuciami dotyczącymi Buenos Aires. Mi kojarzyć się będzie z asado oraz cinkciarzami wołającymi na głównej ulicy CAMBIO CAMBIO. Będąc w Argentynie poprostu nie wolno nie spróbować tutejszej wołowiny. Asado jest wszechobecne. A chcąc oszczędzić trochę pieniędzy należy wziąć walutę i wymienić na czarnym rynku.W Buenos Aires planowaliśmy zostać trzy -cztery noce, część czasu spędzając w domu nie robiąc nic. Zostaliśmy pięć i czuliśmy się jak w domu. Pato stworzył tak wspaniałą atmosferę, że żal było nam opuszczać Buenos Aires. To właśnie dzięki niemu poznaliśmy smak asado i od razu zakochaliśmy się w argentyńskiej wołowinie. Udało się nam zrobić raz prawdziwego lokalnego grila, którego zwą tutaj – asado. Na grila wrzuca się steki, żeberka, bife de chorizo (kiełbaski wołowe). Pato przygotował mnóstwo mięsa, a my wygłodniali rzuciliśmy się na nie jakbyśmy nie jedli od paru dni. Było pyszne!!! Jednak to nie jedyne nasze przygody z asado. Byliśmy w la Cabrera, jednej z 50 najlepszych restauracji w Ameryce Pd. na bifie. Może nie brzmi to tanio, ale wcale drogo nie było. Od 19 do 20 w tygodniu happy hours obniżają ceny o połowę. Nie mogliśmy tego odpuścić. Stek był bombowy!!!Jednak tego wszystkiego nie byłoby, gdyby nie waluty, które posiadaliśmy. W Argentynie są dwa kursy walut – oficjalny rządowy i czarnorynkowy. Dla porównania za dolara dostaje się normalnie 8 peso, a na ulicy u cinkciarza 14. Euro oficjalnie kosztuje 10, a na czarnym rynku jego cena dochodzi do 18. Prawie dwa razy tyle zyskuje się sprzedając u cinkciarza, a w Buenos Aires jest ich naprawdę dużo. Wystarczy przejść się Floridą a co chwilę slyszy się „CAMBIO CAMBIO DOLARS EURO REAL CAMBIO”. Po spacerze tą ulicą od razu przypomniał nam się film Sztos z Czarkiem Pazurą. Tyle że to teraz nas, Polaków ktoś mógł skroić. Kompletnie nie znając reguł panujących tu na ulicy zdecydowaliśmy, że wymienimy razem z Lindsay, Amerykanką którą poznaliśmy w Puerto Iguazu. Przeszliśmy raz ulicą, popytaliśmy o kurs i doszło do wymiany. Dolar za 14, 3 peso- super!!! Cała akcja przekazywania sobie pieniędzy odbywała się w ciemnym zaułku ulicy, tak żeby nikt nie widział. Koleś wyciągnął plik banknotów, które schował chyba w gaciach, żeby nikt go nie okradł. Dokładnie przejżeliśmy każdy banknot czy nie jest fałszywy i mocno trzymaliśmy w rękach nauczeni polskich sztuczek cinkciarzy ze Sztosa. Od razu głęboko schowaliśmy do kieszeni i podziekowaliśmy sobie. Udało się, choć ręce nam się spociły,  a adrenalina trochę podskoczyła, bo wokół mnóstwo policji. Szybko się ulotniliśmy z miejsca przestępstwa z uśmiechem na ustach. Chwilę później wracając tą samą drogą nie było już naszego cinkciarza. Ulotnił się jak tylko dostał niebieskie dolary. Kolejnym razem chcąc wymienić baksy szliśmy już sami. Nie było żadnego problemu. Spytaliśmy chyba z dwudziestu jaki mają kurs. Tym razem już się nie krępowaliśmy. Rozmawiamy z cinkciarzem o wymianie, a policjanci stojący jakieś dwa -trzy metry dalej przymykali na to oko. Wymiana na ulicy nie legalna, ale ma niepisane przyzwolenie.

Przede wszystkim to zapamiętamy z Buenos Aires. Na pewno nie zapomnimy o Pato, naszym gospodarzu. Pato if you read this thank you for your hospitality!!! We felt at your house like at home. Greets for you and your cat Tito!!!

Ela & Kamil

Ela&Kamil

Komunikacyjny chaos – relacja gringos

33

Opuściliśmy już Brazylię i warto trochę podsumować nasz pobyt, w kraju kawy. Przede wszystkim należy wspomnieć o środkach transportu, tzn. komunikacji miejskiej i autobusach długodystansowych. Niestety w Brazylii nie korzystaliśmy z innego rodzaju komunikacji niż autobusy. Transport samolotem odrzuciliśmy ze względu na wysokie ceny biletów i to pomimo wcześniejszego zabukowania

Latanie samolotem pomiędzy miastami jest tutaj zdecydowanie luksusem. Nie ma w całej Ameryce Południowej taniej linii lotniczej! Samozwańczy low cost (brazylijski Gol) żąda mnóstwa pieniędzy za swoje usługi. Może jedynie warto przyjżeć się różnego rodzaju Airpassom oferowanym przez stowarzyszenia linii lotniczych (m.in. Oneworld). Jednak nawet to nie obniży kosztu podróży w znaczący sposób.

Po przejrzeniu miliona stron w poszukiwaniu odpowiednika Ryanaira w Ameryce Południowej zdecydowaliśmy się na autobusy…

W Brazylii jest mnóstwo długodystansowych linii autobusowych oferujących swoje usługi, wystarczy przejść się po dworcu. Każda z linii ma swoje biuro. Nie ma jednego biura oferującego usługi wszystkich lub choćby tylko kilku przewoźników. Jeden przewoźnik – jedno biuro na dworcu – jeden lub dwóch pracowników. Mając do wyboru kilka linii warto porównać ceny, bo nie są takie same. Autobusy są dosyć dobrej jakości w każdej firmie (klimatyzacja jest standardem, 130° rozłożenie siedzenia również, ale wifi już nie). A propo klimatyzacji to warto zabrać na pokład autobusu coś ciepłego, ponieważ pomimo 33°C na zewnątrz w środku może trochę przymrozić. Ogólnie standard wszystkich autobusów jest lepszy niż w Polsce i to znacznie. Nam jako turystom brakuje jedynie wifi i gniazdka, gdzie można by podładować sprzęt.

A teraz nawiązując do tytułu posta. Komunikacyjny chaos dotyczy miejskich autobusów. Naszą opinię opieramy o doświadczenia z Sao Paulo, Rio de Janeiro oraz Foz do Iguazu. Otóż zorientowanie się kiedy dany autobus przyjedzie graniczy z cudem. Może to być 10 min, pół godziny, godzina. Nikt nie jest w stanie tego określić, może poza miejscowymi. Gdzieś na jakimś blogu przeczytaliśmy, że jeżeli na przystanku jest dużo ludzi to autobus zaraz przyjedzie, jeśli jest mało – to powinien być za jakieś 20-30 min, a jeśli nie ma wcale – już odjechał. Nie ma czegoś takiego jak rozkłady jazdy. Czasem trudno zorientować się z którego przystanku odjeżdża dany autobus, bo nic na nim nie ma poza reklamą. Zdarzało się nam również czekać na autobus widmo. Miał być na tym przystanku, ale nikt go nie widział. Parę razy podjeżdżały dwa takie same nr, jeden po drugim. W Sao Paulo było chyba z 10 tys numerów autobusów, a każda cyfra coś dla lokalnych oznaczała. Dla nas to poprostu nr 9540, a oni wsiadali do autobusu i jechali. Poza tym czasami trzeba było jechać 40 kilka przystanków (z faweli na obiad na obrzeżach centrum Sao Paulo). Dojechanie do centrum w SP to podróż kilku godzinna i to pomimo przemieszczania się jednym lub najwyżej dwoma autobusami.

Co nas jeszcze zaskoczyło to kołowrotek w każdym autobusie oraz osoba sprzedająca bilety siedząca obok wspomnianego kołowrotka. Każdy pasażer musiał przejść przez kołowrotek uiszczając opłatę u kontrolera lub wbijając kartę na kasowniku. Kontroler siedział z przodu przy wejściu lub na środku autobusu. Trzeba minąć kołowrotek, aby wysiąść z busa. Czasem było to bardzo uciążliwe mając ogromny plecak, który ledwo co mieścił się w drzwiach, a co dopiero w małym kołowrotku. Może jeszcze wspomnimy o kulturze jazdy kierowców autobusów albo raczej jej braku. Stojąc na przystanku nie ma co liczyć na to, że autobus się zatrzyma, jak w Polsce, oj nie. Trzeba wyciągnąć palec wskazujący i pokazać znacznie wcześniej kierowcy, że chcemy wsiąść do jego pojazdu. Trzeba to robić znacznie wcześniej, ponieważ kierowca może tego nie zauważyć i jechać bez zatrzymania. Chcąc wysiąść trzeba nacisnąć przycisk, ponieważ każdy przystanek jest jedynie na żądanie. Jak już jesteśmy w wehikule lepiej usiąść lub dobrze się czegoś złapać, bo pasażera traktuje się jak worek ziemniaków, który został zapakowany na ciężarówkę i trzeba go kiedyś zrzucić. W Rio de Janeiro drzwi do wyjścia otwierają się jeszcze w czasie jazdy, a kierowca dalej jeszcze sunie 70-80 km/h. Powinniście zobaczyć nasze zdziwienie, jak pewien chłopak chciał wysiąść, a kierowca dalej jechał z otwartymi drzwiami. Myśleliśmy, że musi wyskoczyć w czasie jazdy. Z takich ciekawostek warto wspomnieć, że w Brazylii w każdym autobusie komunikacji miejskiej jest kilka miejsc uprzywilejowanych oznaczonych na żółto. Miejsca te przeznaczone są dla ludzi starszych, kobiet w ciąży, niepełnosprawnych, ale również… otyłych.

Zwyczaje panujące w środkach transport są zdecydowanie inne niż w Polsce. Co kraj to obyczaj. Do wszystkiego da się przyzwyczaić. Prawdopodobnie czeka nas jeszcze kilka dziwnych przeżyć związanych z transportem, tym razem dotyczących jednak innych krajów Ameryki Południowej. Ciao amigos!!!

Ela&Kamil

32

 

Rio de Janerio: samba de Janerio!

Wypoczęci, uśmiechnięci, a przede wszystkim opaleni udaliśmy się z Ilha Grande do Rio de Janerio. Kamil znalazł dla nas nocleg w hostelu Rio Nature w dzielnicy Botafogo, sąsiadującej z Copacabaną. Najpierw trzeba było dotrzeć do hostelu w ponad 30C upale, co wbrew pozorom nie należało do najłatwiejszych. Budynek znajduje się bowiem na zboczu wzgórza i prowadzi do niego chyba z trylion schodów. W końcu po wspinaczce udało nam się zrzucić plecaki i pójść na ulubioną brazylijską potrawę: ryż z czarną fasolą, mięsem, frytkami i makaronem (tak, tak wszystko stanowi jedną potrawę). Najedzeni po uszy skierowaliśmy się na jedną z najsłynniejszych plaż świata: Copacabanę – szeroki pas piachu z mnóstwem boisk do gry w siatkówkę plażową i niezliczoną liczbą barów przy deptaku. Brzegiem oceanu udaliśmy się w stronę Ipanemy, kolejnej po Copacabanie plaży polecanej przez miejscowych, spokojniejszej ale równie pięknej. Posiedzieliśmy na drobnym piasku, posłuchaliśmy szumu fal i w ten sposób przywitaliśmy pierwszy nasz wieczór w Rio.

Rankiem skierowaliśmy się na taras naszego hostelu, z którego rozpościera się widok na miasto z nieodłącznym symbolem Rio – pomnikiem Jezusa Zbawiciela. Zjedliśmy śniadanie, oddając banany małpkom, które przychodziły i domagały się swojej porcji jedzenia. Tego dnia postanowiliśmy zobaczyć centrum: widzieliśmy Catedral Metropolitana de Sao Sebastiao o niesamowitej bryle, Theatro Municipal i Bibliotekę Narodową. Później przez przypadek trafiliśmy na wykonane z kolorowych płytek ceramicznych schody w dzielnicy Lapa (Arcos de Lapa). Różnobarwne płytki przedstawiały symbole z różnych stron świata, wkomponowane w czerwony motyw przewodni scalający różnobarwne płytki. Szukaliśmy choćby jednej płytki z naszego rodzimego kraju – niestety nie udało się, za to spotkaliśmy kilku Polaków, którzy polecili nam co warto zobaczyć w Rio.

Z czego słynie Rio? Z karnawału! A z czego słynie karnawał? Z samby oczywiście! Dlatego jak tylko usłyszałyśmy z Elą, że w mieście można zobaczyć treningi brazylijskich samba school stwierdziłyśmy, że musimy to zobaczyć. Największy wybór jest w sobotę, my przyjechaliśmy w niedziele i do wyboru były już tylko 2. Decyzja: idziemy! Podpytałyśmy w informacji turystycznej, rozmawiałyśmy z ludźmi, która z tych 2 jest lepsza. W końcu wybrałyśmy jedną, wystarczyło jeszcze zadzwonić i zarezerwować miejsca, o co poprosiliśmy chłopaka z recepcji naszego hostelu. Na co on zaproponował: „chodźcie ze mną i z moimi znajomymi na sambę jutro! Ludzie tańczą na ulicy, największa impreza Rio!” – możecie sobie tylko wyobrazić naszą euforię. Oczywiście postanowiliśmy pójść! Następnego dnia odszykowani w czyste ciuchy ruszamy z naszym recepcjonistą – dotarliśmy na miejsce, a tam… dyskoteka pod gołym niebem. Klimat super, samba w przerwie pomiędzy przebojami R’n’B też była ale tancerek odzianych w pióra nie było.. Coś chyba się nie dogadaliśmy J Trzeba jednak przyznać, że było całkiem nieźle, sami lokalsi i 4 gringo w sandałach..

Kolejnego dnia nie odpuściliśmy i ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu samby. Skierowaliśmy się do dzielnicy Lapa gdzie jest kilka barów z sambą graną na żywo. Poszwędaliśmy się, posłuchaliśmy świetnych utworów, po czym chłopaki dali znak, że idziemy do hostelu… W drodze na autobus zatrzymaliśmy się na chwilę przy garażu gdzie trenowała grupa grająca na bębnach. Staliśmy wmurowani przez kilkadziesiąt minut wsłuchując się w rytm wybijany przez Brazylijczyków. Chwilę później zaczęły się treningi samby w garażu obok. Z zaciekawieniem i podziwem obserwowaliśmy ruchy tancerzy, wczuwając się nieco w rytm samby potupując nóżką. Po chwili podszedł do mnie i do Eli trener zapraszając do tańca! Nie minęła sekunda, a my już powtarzałyśmy pierwsze kroki samby. To było niesamowite przeżycie – początki samby, pod okiem trenera z Rio mamy już opanowane, także drżyj Polsko – kolejny karnawał będzie nasz 😉

Kolejnego dnia rozdzieliliśmy się: Darowscy zwiedzali ogród botaniczny, a my z Łukaszem ruszyliśmy do Niteroi – miasta sąsiadującego z Rio. To co nas przyciągnęło w te strony to po raz kolejny architektura Niemayera. Niteroi jest drugim, po stolicy Brasilii, brazylijskim miastem z największym skupiskiem projektów tego modernistycznego architekta. Po raz kolejny nie zawiedliśmy się. Warto było zobaczyć teatr oraz muzeum, których prosta bryła połączona z jaskrawymi akcentami tworzyła spójną całość wkomponowaną w krajobraz. My ze swojego dnia byliśmy bardzo zadowoleni, gorzej z Elą i Kamilem, którzy udali się do ogrodu botanicznego. Zgodnie z tym co opowiadali, ciekawsze okazy flory można było podziwiać z tarasu naszego hostelu..

Na koniec słów parę o największych atrakcjach Rio – pomniku Jezusa Zbawiciela (Cristo Redentor Corcovado) i Głowie Cukrowej (Pao de Acuar). Cieszymy się, że byliśmy w obu miejscach, ponieważ z obu rozpościerał się piękny widok na miasto. Poza tym tylko u stóp Jezusa Zbawiciela mogliśmy zobaczyć pomnik większy aniżeli jednocentymetrowa postać, którą można oglądać praktycznie z każdego miejsca w mieście. Faktem jest, że na samej górze tłok panuje niezmierny, ale jeżeli pojedziecie jednym z pierwszych transportów jest jeszcze szansa na całkiem fajne foty. Na górę możecie dostać się busem (41 R$ w ciągu tygodnia, 51 R$ w weekend) albo kolejką (cena około 55 R$).My wybraliśmy opcję tańszą, może mniej tradycyjną ale widoki myślę, że były podobne.

Co do Głowy Cukrowej – polecam bardzo każdemu, kto się wybiera do miasta samby. Cena za wjazd kolejką kształtuje się na poziomie 62 R$ za bilet normalny, 31 R$ za ulgowy. Wybierzcie się tam wtedy, gdy zachodzi słońce – widok jest niezapomniany! Także gdy światła oświetlają miasto po zmroku. Można siedzieć i podziwiać. Ubierzcie się tylko ciepło bo do góry trochę wieje 🙂

Rio de Janerio jest pięknym i ciekawym miastem, gdzie zobaczyliśmy nawet więcej niż nam się wydawało, że jest do zobaczenia. Na pewno tu wrócimy, żeby uczestniczyć w karnawale – w końcu pierwsze kroki samby mamy już opanowane!

Kasia & Łukasz

DSC_0765DSC_0149