Salar de Uyuni – największa solniczka na świecie

DSC_2337

Długo przed postawieniem stopy na południowoamerykańskiej ziemi, zanim włożyliśmy nasze plecaki na plecy, dyskutowaliśmy jakie miejsca chcemy koniecznie odwiedzić podczas naszej podróży. Co do pustyni solnej nie było wątpliwości: biel po horyzont, piękne laguny mieniące się kolorami tęczy, dzikie zwierzęta – tego nie można było przegapić, ale zacznijmy od początku.

Nasze dni w San Pedro de Atacama, poza wycieczkami rowerowymi (o czym w poprzednim poście), przyszło nam spędzać na poszukiwaniach najtańszej, a zarazem najlepszej wycieczki poprzez pustynię solną. Jak się wkrótce okazało wszystkie biura oferowały przejazd jeepami tą samą trasą, noclegi w tych samych miejscach, różnica w cenie wynikała jedynie z jakości posiłków oraz chęci wynajęcia angielskojęzycznego kierowcy-przewodnika. W związku z naszym planem przemierzania Ameryki Południowej w kierunku północnym zdecydowaliśmy się na wycieczkę 3-dniową, która kończyła się w Uyuni w Boliwii, a nie jak w przypadku wycieczki 4-dniowej – z powrotem do San Pedro de Atacama. Koszt takiej 3-dniowej wycieczki z noclegami, wyżywieniem i hiszpańskojęzycznym kierowcą komentującym krajobraz maksymalnie 2 zdaniami wyniósł nas ok. 450 zł za osobę.

Naszą wyprawę zaczęliśmy wcześnie rano spod naszego hostelu, skąd zabrał nas bus. Po przekroczeniu granicy z Boliwią podzielono nas na sześcioosobowe grupy i wpakowano do jeepów, a nasze plecaki na dach Land Cruiser’a. Już pierwsze chwile spędzone na piaszczystej pustyni pełne były zapierających dech w piersiach krajobrazów rodem z westernów: po horyzont piach, gdzieniegdzie kępka porostów ze stojącą przy niej alpaką, a w oddali górskie szczyty. Nie zdążyliśmy nacieszyć się tym księżycowym krajobrazem, a już przyszło nam podziwiać pierwszą lagunę o turkusowym odcieniu wody. Bajeczny kolor wody Laguny Verde w zestawieniu z sąsiadującymi z nią górami i błękitnym niebem tworzyło perfekcyjną kompozycję. Niedaleko od niej znajdowała się kolejna laguna, tym razem o niezwykłym czerwonym kolorze: Laguna Colorada. Niezwykłości tego miejsca dodawał fakt, że żyją tu tak bardzo dla nas egzotyczne flamingi. Ale jeszcze słów kilka o kolorze – skąd ten czerwony kolor? Jak wyjaśnił nam nasz przewodnik, a przetłumaczyły nam dwie Niemki, z którymi podróżowaliśmy, jest to wynik gromadzących się tam czerwonych osadów i pigmentacji niektórych gatunków glonów. Gdy emocje już nieco opadły nasze oczy skierowaliśmy na spacerujące wybrzeżem laguny lamy z przystrojonymi włóczką uszami. Podczas pierwszego dnia wyprawy byliśmy także na Aquas Termales, gdzie można było wykąpać się w cieplutkiej wodzie termalnej podczas gdy temperatura powietrza oscylowała wokół 15C w słońcu, nie wspominając o silnym wietrze. Przemierzając kolejne kilometry naszym jeepem wypełnionym boliwijską muzyką dotarliśmy również do gejzerów, z których wydobywał się charakterystyczny zapach siarki z hucznym akompaniamentem mikro wybuchów.

Wieczorem dotarliśmy do naszego „hotelu”, w którym przyszło nam przenocować pierwszą noc. W agencji, w której kupowaliśmy naszą wycieczkę ostrzegano nas, że jest to miejsce bez prysznica, bez ogrzewania (co jest istotne na pustyni gdzie temperatura w ciągu nocy spada w okolice 00 C) i jedyne co nam zapewniają to dach nad głową. Faktycznie tak było: dach przykryty eternitem i wybetonowane łóżka. Kiedy zajęliśmy nasze prycze, odziani w czapki, szaliki i z polarem na plecach udaliśmy się na kolację. Już podczas posiłku zaczęła nas dopadać choroba wysokogórska, całkiem normalna na wysokości 4300 m n.p.m. Początkowo był to ból głowy i lekkie trudności z oddychaniem, jednak w miarę upływu czasu dołączyło jeszcze szybkie męczenie się organizmu np. po przejściu kilku metrów. Za poradą naszych niemieckich koleżanek uzupełniliśmy niedobory wody i położyliśmy się spać ubrani w bluzy i czapki, przykryci śpiworami, 2 kocami, folią termiczną i na górę zarzuciliśmy jeszcze narzutę. W nocy budziliśmy się przynajmniej 2 razy za potrzebą – to był wstęp przed następnym dniem, kiedy co chwilę nasze organizmy dawały znać o konieczności pozbycia się wody z organizmu.

Kolejny dzień przywitaliśmy zmęczeni ale z uśmiechem na twarzy, że przetrwaliśmy tą ciężką noc. Po krótkiej, porannej toalecie i śniadaniu (suche tosty z dolce de leche/marmoladą) udaliśmy się naszym jeepem na spotkanie z kolejnymi pięknymi widokami. Na początek Arbol de Piedra – olbrzymi grzyb skalny. Podziwiając wyrzeźbione przez naturę formacje skalne dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w najwyższym punkcie naszej wyprawy, 4700 m n.p.m. co upewniło nas w przekonaniu, że czas uciekać niżej. Uciekając złapał nas śnieg, na szczęście śnieżyca trwała kilka minut i już po kilku kilometrach nie było po niej śladu. Kolejne przystanki, które zaplanował nasz kierowca obejmowały pięć lagun, pozwalających zaobserwować jak zmienia się krajobraz wraz ze zbliżaniem się do Salar de Uyuni. Parę fotek z alpakami i viscachi (króliki andyjskie) i dalej w drogę w kierunku czynnego wulkanu Ollague, z charakterystycznym dymkiem unoszącym się z krateru.

DSC_2107

Drugą noc przyszło nam przenocować w Hotel de Sal, hotelu solnym wykonanym w całości z soli. Podłoga wysypana solą, ściany zbudowane z bloczków solnych, a z sufitów zwisają żyrandole z kryształków soli. Dodatkiem do tej bajkowej scenerii były tradycyjne boliwijskie obrusy wprowadzające nieco koloru solnym wnętrzom. Tej nocy spaliśmy jak dzieci – nie wiadomo czy to zasługa znacznie mniejszej wysokości n.p.m. czy też lampki czerwonego wina przed snem…

Dzień trzeci, pobudka o 4 nad ranem, plecaki na dach, czapki na głowę i ruszamy na pustynie solną. Gdzie nie sięgnąć wzrokiem sól, nagle nasz kierowca zatrzymuje się, a my już po chwili możemy podziwiać jak pierwsze promienie wschodzącego słońca ocieplają ten zimowy krajobraz. Aż trudno uwierzyć, że na tej płaskiej jak stół powierzchni warstwa soli dochodzi do 10 m. Parę zdjęć z wyskoku i dalej w drogę. Kolejnym naszym celem jest Isla Incahuasi – potężna wyspa w kształcie ryby pokryta gigantycznymi kaktusami sięgającymi kilku metrów. Niektóre okazy liczą 1000 lat! Wyspa jest tutaj jedyną ostoją jakiegokolwiek życia, gdyż poza nią po horyzont rozciąga się biały dywan soli. Bezkres solnej powierzchni pozwolił nam na zabawę ze zjawiskiem perspektywy czego owoce możecie zobaczyć na naszej galerii. Akurat my trafiliśmy na porę suchą, ale warto tutaj także przyjechać w porze deszczowej kiedy to solnisko pokryte jest cienką warstwą wody, tworząc tym samym największe lustro na świecie.

DSC_2317

Kilka kilometrów przed Uyuni znajduje się jedyna na Salar de Uyuni kopalnia soli. Cały proces pozyskiwania soli polega na zagarnianiu łopatami soli tworząc z nich charakterystyczne kopce. Kolejnym etapem jest transport pozyskanej soli do przetwórni, gdzie po m.in. wzbogaceniu jej w jod sól pakowana jest w woreczki. Na przedmieściach Uyuni odwiedziliśmy Cmentarzysko Pociągów ze starymi, zardzewiałymi lokomotywami i wagonami. Jak dla nas była to trochę atrakcja na siłę i zdecydowanie nie mogła konkurować z resztą krajobrazów, które przyszło nam zobaczyć podczas tej 3 dniowej eskapady.

Czas szybko minął i nasza przygoda dobiegła końca. Dojechaliśmy do Uyuni, a tu kolejne zaskoczenie: na ulicach pełno cholitas – tradycyjnie ubranych boliwijskich kobiet, z trójwarstwowymi spódnicami do kolan, długimi czarnymi warkoczami i obowiązkowo nakryciem głowy, ale o tym następnym razem.

Podsumowując, wyprawa poprzez bezdroża największej pustyni solnej na świecie była dla nas niesamowitym przeżyciem. Cudownie było podziwiać księżycowe krajobrazy oraz bajeczną ferię barw lagun. Jeżeli nadal się zastanawiacie – nie ma nad czym! Jeżeli wybieracie się do Ameryki Południowej koniecznie musicie tu przyjechać!

Kasia & Łukasz

DSC_2200

Reklamy

O czwórce takich, co była na innej planecie

do wpisu

Będąc jeszcze u Bombla zdecydowaliśmy się, że w dalszą część naszej podróży udamy się na Atacamę, a dokładniej do San Pedro de Atacama. Pustynię Atacama mieliśmy odpuścić, ale po obejrzeniu zdjęć naszego przyjaciela z tego właśnie miejsca nie mogliśmy sobie darować takiej przyjemności. Zachęcił nas przede wszystkim księżycowy krajobraz, jaki można tam zobaczyć. Jednak, aby dostać się do San Pedro musieliśmy spędzić 26 godzin(!!!!!) w autobusie.

San Pedro de Atacama to bardzo fajne małe miasteczko, położone na kompletnym pustkowiu, na wysokości około 2500 mnpm otoczone samym piaskiem i skałami. Wygląda trochę, jak filmowa oaza z palmami. Miasteczko jest bardzo malownicze, ma swój charakterystyczny klimat, domki są wykonane z glinianych bloczków, przez co przy zachodzie słońca cała okolica wygląda jakby była pomarańczowa. Codziennie przyjeżdża tu kilka autobusów zapełnionych turystami, chcącymi choć chwilę spędzić na pustyni. Warto wspomnieć, że jest to bardzo dobre miejsce wypadowe do Salar de Uyuni.

Ale teraz zacznijmy już naszą podróż na inną planetę☺ Zasiedliśmy wygodnie w naszym statku kosmicznym, w którym spędziliśmy 26 godzin. Kapitan bardzo sprawnie chciał nas dostarczyć na Księżyc, czy też Marsa, jak kto woli. Z drobnymi turbulencjami trafiliśmy na naszą wysokość przelotową. Częściowo zahibernowanym udało nam się wytrwać i Lord Wayder nie chciał nas po drodze unicestwić😉 Kilka godzin w przestrzeni kosmicznej, której niestety nie pamiętamy, ze względu na sen, który zarażał kolejnych pasażerów. Kiedy etap hibernacji minął ukazał nam się skalny i piaszczysty krajobraz. Warunki tu panujące nie sprzyjają rozwojowi życia, oj nie. Przez okno naszego statku widzieliśmy tylko góry, żwir i kamienie, żadnej roślinki, a nie wspomnę już o jakichkolwiek zwierzętach. Kilka minut póżniej przecieramy oczy ze zdumienia, bo widzimy oazę na pustyni. Zastanawiamy się, czy to czasem nie fata morgana, ale pytamy wokoło i kapitan odpowiada, że jest to miejsce naszej destynacji. Nasz statek zwalnia, przygotowuje się do lądowania, czujemy jedynie drobne turbulencje, ale wysiadamy cali i zdrowi. Udało się, trafiliśmy na Księżyc, choć my jesteśmy tu wieczorem (wszystko jest czerwone, budynki, ziemia) i wydaje nam się, że to jednak Mars, że pilot się pomylił i obrał kurs jednak na najbliższą planetę. Jeszcze tylko standardowe przywitanie ze Star Treka z miejscowymi (dłoń podniesiona do góry z charakterystycznym V zrobionym z palców) i możemy iść szukać naszych kabin do hibernacji. Na nieznanym dla nas terenie rozdzielamy się i jedna para wybiera się na poszukiwanie dla nas odpowiedniego miejsca. Oczywiście, głownym kryterium jest dla nas cena jednej kabiny do hibernacji. Po kilku minutach widzimy, że jest tu mnóstwo takich jak my, turystów. Co chwilkę przechadzają się koło nas ludzie z Europy, czy też ze Stanów Zjednoczonych, którzy ubrani w stroje lokalnych chcą tylko wyglądać jak ufoludki. Znajdujemy miejsce i rozkładamy nasze obozowisko. Następnego dnia udajemy się do lokalnego szamana władającego uniwersalnym językiem (angielskim) i wypożyczamy od niego bicykle napędzane siłą naszych mięśni. Szaman zaprzyjaźnia się z nami (tak nam się przynajmniej wydaje) i doradza nam chyba najtrudniejszy szlak na początek😕 Mówi:”jedźcie do Doliny Śmierci, tam jest bardzo fajnie, jak na początek”. Nawet przez myśl nam nie przeszło, że może być ciężko i zdecydowaliśmy, że tam pojedziemy, a wracając podjedziemy na Piedra del Coyote (pl. Noga kojota). Wsiedliśmy na nasze wehikuły i zaczeliśmy podróż, aż do momentu jak było tak dużo piasku, że mięśnie naszych nóg odmówiły współpracy… Widoki jednak w znacznej mierze rekompensowały nasze męki. Wokół przepiękne góry, które przeszły chyba przez każdy rodzaj wietrzenia. Jak się rozglądaliśmy to widzieliśmy cudownie rzeźbione przez czynniki przyrodnicze skały, nawet udało nam się zobaczyć kilka ogromnych wydm piaskowych. Z widzieliśmy grupę ludzi, którzy próbowali lokalnego sportu – sandboardingu. Nas nie zachwycił taki rodzaj zjeżdżania na desce i pozostaniemy zdecydowanie wierni tradycyjnemu sposobowi, czyli jazdy po śniegu☺ Oczywiście podczas naszej mini wyprawy w nieznane nie obyło się również bez poznania lokalnego psa przewodnika, który oprowadzał nas po nieznanej nam planecie. Szarik, czy też Burek pozostał z nami aż do powrotu do naszego obozowiska. Był tak beszczelny, że praktycznie wskakiwał pod koła jadących samochodów. Ale dość już o psie. Przez Dolinę Śmierci býło bardzo ciężko się przeprawić ze względu na piasek na drodze oraz silny wiatr wiejący nam prosto w twarz. Napotkani turyści idący z przeciwnej strony żałowali nas i zastanawiali się kto polecił nam tą trasę. Dosyć ostre podejście pod górę i już byliśmy na płaskim terenie i w końcu mogliśmy wykorzystać nasze bicykle. ‚W stronę Kojota’ krzykneliśmy. Teleportacja nie trwaĺa długo i za nim się obejrzeliśmy spoglądaliśmy na wyschniętą dolinę i czuliśmy, że jesteśmy innej planecie może Marsi.  Dodatkowo zachodzące Słońce rumieniło na czerwono kolor doliny, na którą spoglądaliśmy. Czerwona planeta choć odległa o miliony lat świetlnych była dla nas jak na wycìągnięcie ręki. Oczywiście zrobiliśmy z milion fotek, aby zapamiętać tę chwilę, kilka pozowanych zdjęć na Nodze Kojota i ruszyliśmy w drogę powrotną do naszych kabin. Na następny dzień ponownie wizyta u lokalnego szamana i ruszyliśmy nad słone jeziora (laguny), by się wykompać i zobaczyć lokalne zwierzęta (flamingi).

Czas w San Pedro de Atacama minął nam, jak z bicza strzelił😐 Miejsce jest naprawdę bardzo urokliwe i warto je odwiedzić, by poczuć się jak my, jakbyśmy opuścili Ziemię i wylądowali na Księżycu, czy też na Marsie.

Ela&Kamil

Książe z Navidad, gorące wiadro i wołowina:)

bombel1 Hola Geografowie!!! Pamiętacie może naszego kolegę z roku, Piotra Sompla? Otóż Bąbel, czy też Ziompel, jak kto woli, wylądował w Chile. Kilka tysięcy kilometrów od rodzinnego kraju. Zwabiła go tu jego przyszła żona, Stefi:) Pojechał za głosem serca do obcego kraju, tysiące kilometrów, autobus zostawił go na granicy, sam i bez kasy- bo kanadyjskie dolary, które miał w kieszeni były nic nie warte na ziemi chilijskiej. Kiedy wreszcie udało mu się dotrzeć do Santiago, za ostatnie pieniądze, zadzwonił do Stefi żeby przyjechała po niego na terminal aytobusowy. Stefi czekała już na naszego Sompla przerażona kiedy nie wysiadł z autobusu- uciekiniera. Po telefonie natychmiast objechała wszystkie dworce (w Santiago jest ich sporo) w końcu jej oczom ukazał się zarośnięty, brudny Sompel, ale żywy-to najważniejsze.  Powitaniom nie było końca😍 Opowieść jak z filmu😀 Teraz prowadzą razem ośrodek nad Pacyfikiem, zwany Cabanas los Bosques de Matanzas:) A za rok huczny ślub w dolinie nad rzeką, czego chcieć więcej. Cabanas los Bosques de Matanzas to ośrodek składający się z pięciu drewnianych domków (cabana) oraz jednego dużego domu wykorzystywanego jako hotel. W każdym domku są dwa osobne wejścia, aby goście mieli komfort swobodnego przemieszczania się. Do każdej cabana należy jedna wielka drewniana wanna, znajdująca się na zewnątrz, w której Sompel podgrzał nam wieczorem wodę, że aż parzyło, hot tube- nie tylko z nazwy;) wręczył szklanki z chilijskim piskola i pozwolił się zrelaksować przy szumie oceanu pod mega rozgwieżdżonym niebem😀 Niesamowite przeżycie, szczególnie po kilku dniowym stopie i wszystkich trudach podróży, które nas spotkały. Wracając do Cabanas los Bosques, ponieważ pewnie tak jak i my byliśmy, i Wy jesteście ciekawi co robi nasz przyjaciel, ktòry tak nagle i tajemniczo zniknął za szerokim oceanem;) Otóż miejsce, w którym mieszka Sompel nas dosłownie urzekło, natomiast same domki są bardzo przytulne, dobrze wyposażone, a jego właściciele, czyli Stefi oraz Piotrek bardzo dbają o rozwój ośrodka, co chwilę mówiąc nam o nowych pomysłach jakie mają w celu zwiększenia atrakcyjności. Miejscowość, w której ugościł nas nasz przyjaciel ze studiów nazywa się Las Brisas i znajduje się nad samym Oceanem Spokojnym. Miejsce to jest bardzo ciekawe ze względu na rozwijającą się tu turystykę. Wybrzeże to słynne jest ze względu na windsurfing oraz kitsurfing. Będąc chwilę w Santiago napotkani ludzie mówili nam, że jest to mekka surferów, co okazało się prawdą. Spacerując po plaży spotkaliśmy australijczyków, francuzów, którzy upodobali sobie  to miejsce nie tylko na wakacje, zakochani w wielkich falach, znaleźli pracę i w wolnym czasie surfują. Natomiast u Stefi i Bąbla już od miesiąca, jak przyjechaliśmy, mieszkał Fin z rodziną, także zagorzały surfer i nie myślał o wyjeździe. Do Sompla przyjechaliśmy po Penisula Valdes, czyli po przejechaniu okolo 2000 km stopem, nie muszę pisać, że byliśmy wyczerpani. W samym Santiago byliśmy może godzinę szukając jedynie autobusu w stronę Las Brisas. Po około 40 minutach jazdy dotarliśmy na miejsce, Bąbla jeszcze nie było, ale Don Luis, człowiek- złota rączka, pracownik, a także dobry przyjaciel Sompla przywitał nas słowami, które wywołały szeroki uśmiech na naszych twarzach- ,,mi casa su casa,, i zaprosił do ślicznych domków, które Sompel uprzednio dla nas przygotował. Sam gospodarz zjawił się dopiero po południu z torbami wypełnionymi po brzegi. Od razu miał plan co razem robimy. Na początek powitalny browar z kumplem, którego ostatni raz widziliśmy jakieś cztery lata temu, jeszcze we Wrocławiu, później obiad. Najedzeni do syta pojechaliśmy na małą wycieczkę na plażę, nie obyło się bez przygód. Sompel chciał nas zawieść prawie pod sam brzeg morza;) i trochę zagrzebaliśmy się w piachu;) Natomiast wieczorem parilla (lokalne określenie grilla) i kąpiel w hot tube. Czuliśmy się jak w domu. Może wspomnę jeszcze, że Piotrek jest mistrzem robienia wołowiny na grilu. W ciągu naszego pobytu w jego Cabanas jedliśmy najlepiej zrobionego biffa. Był nawet dużo lepszy niż w Argentynie, a jest to kraj słynący z asado i wołowiny. Soczyste mięsko, aż rozpływało się w ustach, a do tego popijaliśmy przepyszne chilijskie winko zarekomendowane przez naszego przyjaciela. My też staraliśmy się wnieść coś dobrego do naszego jadłospisu, coś polskiego.  Na początek Daro zrobił pyszną hałkę. Zarumienione, plecione warkocze zjedliśmy jeszcze ciepłe- prosto z piekarnika, bo nie mogliśmy się powstrzymać.  Był też rosòł i pomidorówka w moim wykonaniu, no i kopytka z cebulką, Łuki przeszedł samego siebie mnnniamm;) A hałka tak posmakowała, że Pyrka pod okiem Dara, zrobiĺa nam jeszcze jedną, która również zniknęła w sekundę, zjedliśmy ją z masłem i dżemem, popijając zimną sangriją przygotowaną przez Bąbla z  mnóstwem owoców. Czas u Sompla upływał nam na relaksie, dlugich rozmowach, wspominkach, ale chyba przede wszystkim na jedzeniu;) bombel3 Będąc w mekkce surferów, nie mogliśmy sobie odmówić surfingu. No może nie wszyscy, bo tylko Łukasz zdecydował się na surfowanie w oceanie, nasza pozostała trójka oddała się couchsurfingowi (surfowaniu na kanapie:), czy też sunsurfingowi (opalanie się na plaży). Woda była tak lodowata, że stwierdziliśmy, że kiedy indziej spróbujemy tego sportu. Łukasz był zachwycony możliwością wykonywania czegoś, co w naszym kraju widzi się jedynie w amerykańskich filmach;) Pisząc ten post wracam wspomnieniami do wspaniale spędzonych kilku dni, szkoda, że musieliśmy wyjechać, co prawda  Sompel nas namawiał na rozkręcenie interesu razem z nim i Stefi,  już nawet rozdzielił między nas zadania:) Kusił bardzo, a miejsce urzekało coraz bardziej, ciężko było wyjeżdżać, ale przecież jeszcze tyle do zobaczenia. Jedno jest pewne, widzimy się w Polsce, a potem jak tylko bedzie taka możliwość, z dziką radością, parę lat starsi powtórzymy spotkanie w Las Brisas. Jeszcze raz dziękujemy książe Navidad i do szybkiego zobaczenia!!! Ela&Kamil bombel2

Przed podróżą czyli przygotowania do podróży dookoła świata

DSC_2200Jeżeli czytasz ten wpis to prawdopodobnie gdzieś z tyłu twojej głowy czai się pomysł beztroskiego poznawania świata przez dłuższy okres czasu niż 2 tygodnie wysupłanego urlopu. Dlatego właśnie specjalnie dla Ciebie przedstawiamy poniżej skrót naszych przygotowań. Na innych blogach o podobnej tematyce znajdziecie tożsame posty na podstawie których my stworzyliśmy własne zestawienie – ważnym jest abyście wykorzystali doświadczenie innych do stworzenia własnej listy zakupów i obowiązków tak aby potem spokojnie zwiedzać cały świat.

ZDROWIE

Przygotowania rozpoczęliśmy od szczepień. Zaszczepiliśmy się przeciwko WZW A i B, żółtej febrze, durowi brzusznemu, wściekliźnie, polio, tężcowi i błonnicy. Koszt wszystkich szczepień to ok. 2000 zł za osobę. Zacznijcie szczepienia stosunkowo wcześniej zarówno ze względów ekonomicznych jak i zdrowotnych – lepiej serwować organizmowi szczepionki w dłuższych odstępach czasu.

Jeśli jesteśmy przy leczeniu, przejdźmy do apteczki, w której znajdziemy przede wszystkim leki antymalaryczne (dość drogie), muggę, leki antyhistaminowe, leki przeciwbiegunkowe, przeciwbólowe, antybiotyki, plastry oraz bandaże. Cała apteczka kosztowała 1000 zł na parę. W kwestiach szczepień i leków, które należy ze sobą zabrać najlepiej skontaktujcie się z lekarzem ds. chorób tropikalnych.

UBEZPIECZENIE

Jedną z najważniejszych rzeczy w podróży to ubezpieczenie. My zdecydowaliśmy się na dwa ubezpieczenia na 200 tys. zł i 60 tys. euro kosztów leczenia, które kosztowały razem 2100 zł na parę.

BILETY LOTNICZE

Wyszukiwaniem lotów zajął się Daro, który jest w tym na prawdę dobry. Za bilety do Ameryki Południowej w dwie strony zapłaciliśmy 1050 zł za osobę (linie Iberia), do Azji 2350 zł za osobę (linie China Southern). Pozostałe loty i połączenia wewnątrz kontynentalne szukamy na bieżąco.

KONTA BANKOWE

Dwa słowa o kontach bankowych. My szukaliśmy banku, który zaoferuje nam możliwość uniknięcia podwójnego przewalutowania przy wypłatach z bankomatów, prowadzenia konta bez dodatkowych opłat, wypłat z bankomatów na świecie za darmo oraz konta walutowego z kartą debetową. Ze sobą zabraliśmy również dwie karty kredytowe o maksymalnych naszych zdolnościach kredytowych. Wszystkie oszczędności umieściliśmy na koncie oszczędnościowym z korzystnym oprocentowaniem i możliwością bezpłatnych wypłat z konta (z którym nie są powiązane żadne karty). Pieniądze na konto walutowe wymieniamy za pomocą kantorów internetowych.

JAK SIĘ ZAPAKOWAĆ?

Teraz troszeczkę o naszym wyposażeniu. Płeć piękna wyposażona jest w plecaki 55 l, a płeć brzydka w 65 l, w które zapakowaliśmy: namiot 2 os., śpiwory, maty samopompujące, zestaw obiadowy (talerze, kubki, sztućce, patelnie i garnek), ręczniki szybkoschnące, lekarstwa, ubrania, buty, ABC nurkowania itp. Sprzęt elektroniczny jaki zabraliśmy w celu utrwalenia naszej podróży, komunikacji z rodziną i znajomymi to mały laptop 11,6”, kamera GoPro, aparat Nikon D5200, mały aparat kompaktowy, dysk zewnętrzny, akcesoria do tych sprzętów (dodatkowe baterie, karty pamięci, mały statyw, bojkę i wysięgnik do kamery GoPro). Dodatkowo każdy zabrał po małym podręcznym plecaku.

Z ubrań zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy: sandały, japonki, kryte buty, 3 pary spodenek, 4 koszulki, bluzę, softshell, kurtki przeciwdeszczowe, długie spodnie, stroje kąpielowe oraz bieliznę na 7 dni. Podsumowując: cały dobytek jaki wzięliśmy ważył u dziewczyn po 15 kg a u facetów po 18 kg.

ZANIM RUSZYCIE W ŚWIAT

Ostatnie dwa tygodnie przed pierwszym wylotem były bardzo nerwowe. Musieliśmy pozałatwiać mnóstwo spraw: ostanie zakupy, wyrobienie międzynarodowego prawo jazdy, kserokopii i skanów wszystkich dokumentów oraz przekazanie je najbliższym z rodziny, założenie i przetestowanie bloga, nadpłacenie rachunków itp.

W trakcie przygotowań ustaliliśmy wspólnie zarys naszej podróży, miejsca które musimy zobaczyć oraz te w których chcemy wypocząć. Nie tworzyliśmy sztywnego grafiku w którym odgórnie ustalono terminy pobytu w danym kraju, mieście czy miejscu. Jedyne sztywne daty, które nas ograniczały to dni wylotów z Ameryki Południowej i Azji do Europy.

Zgodnie twierdzimy, że decyzja o wyruszeniu w podróż to jedna z najlepszych decyzji w naszym życiu – w końcu żyje się raz a świat jest tak piękny i ciekawy, że szkoda byłoby choć części z niego nie poznać. Jeżeli ciągle się wahasz napisz do nas – chętnie podzielimy się naszymi doświadczeniami.

Kasia & Łukasz

Autobusem przez Amerykę Południową

Z każdym poznawanym przez nas krajem Ameryki Południowej zauważamy różne dziwne zwyczaje panujące na tym kontynencie. Z racji ogromnej ilości czasu spędzanego w autobusach doskwierają nam przede wszystkim te, które dotyczą właśnie transportu osób. Jedynie Brazylię można wykluczyć, z pośród wszystkich odwiedzonych przez nas krajów z grupy zarażonych chorobą tanich linii lotniczych, jak możnaby to nazwać w Europie.

Zastanawiacie się pewnie o co chodzi? Otóż kupując bilet autobusowy w Ameryce Południowej musisz liczyć się z nawiedzeniem autobusu przez kilkanaście osób, chcących coś ci sprzedać i nie są to ludzie zatrudnieni przez firmę oferującą transport. Cała sytuacja odbywa się trochę, jak w tanich liniach lotniczych w Europie, jednak z tą różnicą, że w samolocie zarabia przewoźnik, a tu pojedyńczy ludzie. Pierwszy raz z całą sytuacją spotkaliśmy się w Paragwaju, ale im dalej przemieżaliśmy Amerykę Południową widzieliśmy to również w innych krajach, a najbardziej rozwinięty taki rodzaj handlu jest w Argentynie i Peru. Dla nas cała ta sytuacja jest bardzo męcząca, bo w Europie nie przywykliśmy do tego. Opiszemy jak to wygląda.

Do jadącego autobusu wsiada jedna osoba, która wygłasza kilkuminutowy monolg. Wygląda to na początku, jakby chciała się trochę pożalić na system, na sytuację rodzinną, ale po kilku minutach nawijki okazuje się, że sprzedaje jakiś produkt. Zwykle są to bardzo wygadani ludzie, którzy za pewne pracują tak już ładnych parę lat. Wyobraźnia tych osób nie zna granic, potrafią wcisnąć cukierki, wafelki, czekolady, kremy, orenżadki w proszku, telefony komórkowe, wszystko co tylko wpadnie im do ręki. Jednemy najmniejszemu produktowi potrafią zrobić taką reklamę, jaką zapewne nie potrafiłby zrobić producent. Właśnie teraz pisząc ten post przechadza się po autobusie pewien człowiek sprzedający kremy i orenżadki w proszku. Kilka godzin wcześniej, jak wyjeżdżaliśmy z Cusco ktoś sprzedawał cukierki na sztuki.

Powyższy opis dotyczy jednego rodzaju handlu obnośnego, ale jest też inny, odbywający się bez reklamy. Zwykle dotyczy on gastronomii, czyli sprzedaży kanapek, kukurydzy, parówek, winogron i innych tego typu rzeczy. Do autobusu wsiada w jednej chwili zwykle kilka osób oferujących coś do jedzenia, pokrzykując tylko co oferują, a ludzie przyzwyczajeni do reguł tu panujących wyciągają jedynie rękę z pieniędzmi i za chwilę spożywają żądany produkt. Czasem podczas podawania zakupionej rzeczy sprzedawczymi ochlapie przypadkową osobę, nie zwracając na to uwagi (ja miałem to szczęście). Owy rodzaj handlu trwa zwykle chwilkę, nie dłużej niż dwie minuty.

Jak widzicie transport w Ameryce Południowej nie jest podobny do tego europejskiego, jedynie kojarzy się on nam z tanimi liniami lotniczymi, chcącymi coś sprzedać na siłę swoim pasażerom. Handel obnośny, który tutaj widzimy przypomina nam również słynne i nie lubiane przez wszystkich reklamy pomiędzy filmami w telewizji.

Ela&Kamil