Z pingwinem za pan brat :)

PicsArt_1416016470670 Będąc w Argentynie nie mogliśmy przegapić możliwości zobaczenia pingwinów oraz wielorybów na żywo, w ich naturalnym środowisku. Początkowo Patagonię chcieliśmy odpuścić, ze względu na fundusze, jednak w końcu zdecydowaliśmy się. Decyzję podjeliśmy jadąc stopem do… Bariloche, jakieś 1400 km od Peninsula Valdes. Jednak teraz nie żałujemy naszej decyzji, było warto!!! Buenos Aires opuszczaliśmy jeszcze autobusem, jadąc w kierunku Santa Rosa zatrzymaliśmy się w Chivilcoy, miejscowości położonej jakieś 200 km od  stolicy. Kierowaliśmy się do Bariloche, górskiego miasteczka, przypominającego nasze Zakopane. W Chivilcoy rozpoczęliśmy już nasze backpackersowe życie w Argentynie.  Podjęliśmy decyzję, że jedziemy stopem, bo fajnie jest przeżyć trochę przygody, poznać nowych ludzi i kulturę. Zatrzymywanie samochodów na wyciągnięty kciuk szło nam całkiem nieźle i właśnie wtedy narodził się pomysł: ‚jedźmy zobaczyć wieloryby na południe!!!’ Szybka reakcja i z Santa Rosa ruszyliśmy do Puerto Madryn. Jadąc na południe spotkaliśmy na swojej drodze mnóstwo wspaniałych ludzi, którzy nie bali brać się pary turystów z Polski. Jednak o naszych odczuciach o podróżowaniu stopem w Argentynie w innym wpisie. Około dwóch-trzech dni zajęło nam dotarcie do miejsca wypadowego na Peninsula Valdes – Puerto Madryn. Po przejżeniu ofert agencji turystycznych zdecydowaliśmy, że dla naszej czwórki najlepiej będzie wynająć samochód. Mieliśmy wtedy możliwość zobaczenia dużej kolonii pingwinów w Punta Tombo oraz przejechania półwyspu. Wszystko to w jeden dzień, pokonanie około 600 km. Ruszyliśmy z samego rana do Punta Tombo jeszcze przed wschodem słońca. Dotarliśmy na pobudkę pingwinów:) Przechadzając się po parku pomiędzy ich „domkami” oglądaliśmy ich poranną toaletę. Świetne przeżycie zobaczyć na wolności zwierzę, które widzi się w ZOO albo programach telewizyjnych. Pingwiny były na wyciągnięcie ręki, w oģóle nie przejmowały się naszą obecnością. Dziewczyny co chwilę jęczały z zachwytu, jakie to pingwiny są słodkie!!!;P W parku spędziliśmy jakieś dwie godzinki, podziwiając Pingwiny Magellana, dobrze że wcześniej nasmarowaliśmy się kremem z filtrem, bo wrócilibyśmy cali spaleni słońcem. Możliwość zobaczenia pingwinów na wolności w ich naturalnym środowisku było wpaniałym przeżyciem, rozczarował nas jedynie fakt, że nie mogliśmy wejść i zobaczyć pingwiny na plaży. No cóż, niestety… Po parku z pingwinami szybko zawinęliśmy się do samochodu i ruszyliśmy na Peninsula Valdes. Kilkaset kilometrów minęło nam bardzo szybko, może dlatego, że część z naszej grupy smacznie chrapała na tylniej kanapie. Nasz Chavrolet Corsa sedan rozgrzany do czerwoności w końcu dotarł do Puerto Piramides, jedynej miejscowości położonej na półwyspie. Właśnie tutaj zakupiliśmy rejs statkiem w poszukiwaniu wielorybów. Wdrapaliśmy się na łódkę razem z około czterdziestoma osobami marzącymi o zaboczeniu tych największych na Ziemii stworzeń i ruszyliśmy. Chwilę odpłynęliśmy od brzegu, a Ela zaczęła krzyczeć, że widzi pierwszego wieloryba. Od razu kapitan statku obrał kurs, aby wszyscy pasażerowie zobaczyli go z bliska. Podpłynęliśmy bliżej i ukazał nam się ogromny ssak razem ze swoim dzieckiem. Przewodnik wyjaśnił, że młode wieloryby są bardzo ciekawskie i często „zaczepiają” statki z turystami, chcąc się pobawić.  Parę razy całkiem nieźle sie wynurzyły, okazując ogrom swojego ciała. Kaśka miała akurat najlepsze miejsce, widząc wieloryby jeszcze jak były pod wodą. Przy każdym wynurzeniu strzelając z milion fotek. Wszyscy pasażerowie łódki zachowywali się jak banda azjatyckich turystów i przy każdym podniesieniu nosa przez wieloryba słychać było miliony wystrzałów, jak z karabinu, tyle że na szczęście (dla wielorybów;) były to tylko niegroźne aparaty. Cały tur trwał jakieś dwie godziny i żadna z osób będących na łódce nie mogła powiedzieć, że się nudziła. Szczęście uśmiechnęło się do nas, wieloryby były bardzo aktywne i chętne do zabawy, zaciekawione dziwnymi, malutkimi stworzeniami na łódce;) przyczyniła się do tego piękna, słoneczna pogoda. Wieloryby, jak ludzie, są bardziej aktywne kiedy słoneczko świeci na niebie. Ja co chwilę słyszałem pojękiwania pewnej Hiszpanki, która potrafiła chyba tylko powiedzieć „łał”, przy wynurzeniu wieloryba. Podczas tej wycieczki udało się nam zobaczyć słynną tylną płetwę wiloryba, co możecie zobaczyć na zdjęciach zamieszczonych na naszym blogu, słynną ze względu na ogromną ilość pocztówek oraz pamiątek z jej wizerunkiem…Nasz rejs minął nam jak z bicza strzelił, czas jest nieubłagany i musieliśmy wracać na brzeg. Nie koniec jednak atrakcji na dzisiejszy dzień  jeszcze do objechania cały półwysep, a czasu tak mało…już wiedzieliśmy, że nie damy rady wrócić do określonej godziny zwrotu wynajętego samochodu. Wykonaliśmy szybko telefon do agencji, ok , za dodatkową opłatą możemy wrócić dwie godziny później. Mając mało czasu wybraliśmy najciekawszy fragment półwyspu. Niestety nie mięliśmy jeepa, a jedynie Corsę sedan z dosyć niskim podwoziem i pokonywanie drogi szutrowej nie należało do najłatwiejszych, jednak mimo wszystko, było warto. Na plaży, którą widzieliśmy z klifu wylegiwały się lwy morskie, słonie morskie oraz foki. Jeszcze, aby było ciekawiej jacyś turyści krzykneli, JEST ORKA. Ssak, którego mięliśmy nie widzieć, jedynie jeden procent szans na jego zobaczenie. Kolejny traf szczęścia:) Największy kiler na świecie patrolujący wybrzeże, dla nas szczęście, a dla zwierząt wylegujących się na brzegu może wyrok śmierci. Orka ewidętnie zgłodniała i chciała upolować soczystą foczkę wylegującą się na plaży. Kilka fot i trzeba było szybko ruszać, aby oddać samochód przed zamknięciem agencji. Początkowo obawialiśmy się czy zdążymy dojechać przed zamknięciem, jednak po przejechaniu kilku kilometrów nasze oczy przykuła kontrolka pokazująca stan benzyny w baku. Kończyła się nam wacha. To już dwa zmartwienia i każde bardzo poważne. Najbliższa stacja znajdowała się około 10 km przed naszym miejscem docelowym. Łukasz za kierownicą starał się jechać bardzo ekonomicznie, mając jednak na uwadze godzinę, o której musieliśmy oddać auto. Z nożem na gardle przemierzyliśmy kilkadziesiąt kilometrów co chwilę spoglądając to na zegarek, to na stan poziomu benzyny. W końcu już praktycznie na oparach dotarliśmy do stacji benzynowej. Szybka akcja i mieliśmy jedynie dziesięć minut na dotarcie do agencji. Wcielając się w kierowcę rajdowego Łukasz ruszył do miasta. Trochę błądzenia w Puerto Madryn i byliśmy na miejscu, minutę przed zamknięciem. Udało się, ale stracha mięliśmy, początkowo, czy starczy nam wachy, a później czy zdąrzymy na czas… Półwysep Valdes będziemy naprawdę miło wspominać. Dla nas Patagonia to wspaniałe egzotyczne zwierzęta, takie jak lamy,wieloryby, lwy morskie, foki, slonie morskie i pingwiny, które zdobyły nasze serca. Na pewno jest to miejsce godne odwiedzenia i każdemu je polecamy kto udaje się do Patagonii. Ela&Kamil

Reklamy

Buenos Aires – asado i cinkciarze

02

Nigdy nie wiem od czego zacząć pisząc kolejny post. Tym razem chciałbym podzielić się odczuciami dotyczącymi Buenos Aires. Mi kojarzyć się będzie z asado oraz cinkciarzami wołającymi na głównej ulicy CAMBIO CAMBIO. Będąc w Argentynie poprostu nie wolno nie spróbować tutejszej wołowiny. Asado jest wszechobecne. A chcąc oszczędzić trochę pieniędzy należy wziąć walutę i wymienić na czarnym rynku.W Buenos Aires planowaliśmy zostać trzy -cztery noce, część czasu spędzając w domu nie robiąc nic. Zostaliśmy pięć i czuliśmy się jak w domu. Pato stworzył tak wspaniałą atmosferę, że żal było nam opuszczać Buenos Aires. To właśnie dzięki niemu poznaliśmy smak asado i od razu zakochaliśmy się w argentyńskiej wołowinie. Udało się nam zrobić raz prawdziwego lokalnego grila, którego zwą tutaj – asado. Na grila wrzuca się steki, żeberka, bife de chorizo (kiełbaski wołowe). Pato przygotował mnóstwo mięsa, a my wygłodniali rzuciliśmy się na nie jakbyśmy nie jedli od paru dni. Było pyszne!!! Jednak to nie jedyne nasze przygody z asado. Byliśmy w la Cabrera, jednej z 50 najlepszych restauracji w Ameryce Pd. na bifie. Może nie brzmi to tanio, ale wcale drogo nie było. Od 19 do 20 w tygodniu happy hours obniżają ceny o połowę. Nie mogliśmy tego odpuścić. Stek był bombowy!!!Jednak tego wszystkiego nie byłoby, gdyby nie waluty, które posiadaliśmy. W Argentynie są dwa kursy walut – oficjalny rządowy i czarnorynkowy. Dla porównania za dolara dostaje się normalnie 8 peso, a na ulicy u cinkciarza 14. Euro oficjalnie kosztuje 10, a na czarnym rynku jego cena dochodzi do 18. Prawie dwa razy tyle zyskuje się sprzedając u cinkciarza, a w Buenos Aires jest ich naprawdę dużo. Wystarczy przejść się Floridą a co chwilę slyszy się „CAMBIO CAMBIO DOLARS EURO REAL CAMBIO”. Po spacerze tą ulicą od razu przypomniał nam się film Sztos z Czarkiem Pazurą. Tyle że to teraz nas, Polaków ktoś mógł skroić. Kompletnie nie znając reguł panujących tu na ulicy zdecydowaliśmy, że wymienimy razem z Lindsay, Amerykanką którą poznaliśmy w Puerto Iguazu. Przeszliśmy raz ulicą, popytaliśmy o kurs i doszło do wymiany. Dolar za 14, 3 peso- super!!! Cała akcja przekazywania sobie pieniędzy odbywała się w ciemnym zaułku ulicy, tak żeby nikt nie widział. Koleś wyciągnął plik banknotów, które schował chyba w gaciach, żeby nikt go nie okradł. Dokładnie przejżeliśmy każdy banknot czy nie jest fałszywy i mocno trzymaliśmy w rękach nauczeni polskich sztuczek cinkciarzy ze Sztosa. Od razu głęboko schowaliśmy do kieszeni i podziekowaliśmy sobie. Udało się, choć ręce nam się spociły,  a adrenalina trochę podskoczyła, bo wokół mnóstwo policji. Szybko się ulotniliśmy z miejsca przestępstwa z uśmiechem na ustach. Chwilę później wracając tą samą drogą nie było już naszego cinkciarza. Ulotnił się jak tylko dostał niebieskie dolary. Kolejnym razem chcąc wymienić baksy szliśmy już sami. Nie było żadnego problemu. Spytaliśmy chyba z dwudziestu jaki mają kurs. Tym razem już się nie krępowaliśmy. Rozmawiamy z cinkciarzem o wymianie, a policjanci stojący jakieś dwa -trzy metry dalej przymykali na to oko. Wymiana na ulicy nie legalna, ale ma niepisane przyzwolenie.

Przede wszystkim to zapamiętamy z Buenos Aires. Na pewno nie zapomnimy o Pato, naszym gospodarzu. Pato if you read this thank you for your hospitality!!! We felt at your house like at home. Greets for you and your cat Tito!!!

Ela & Kamil

Ela&Kamil