Rio de Janerio: samba de Janerio!

Wypoczęci, uśmiechnięci, a przede wszystkim opaleni udaliśmy się z Ilha Grande do Rio de Janerio. Kamil znalazł dla nas nocleg w hostelu Rio Nature w dzielnicy Botafogo, sąsiadującej z Copacabaną. Najpierw trzeba było dotrzeć do hostelu w ponad 30C upale, co wbrew pozorom nie należało do najłatwiejszych. Budynek znajduje się bowiem na zboczu wzgórza i prowadzi do niego chyba z trylion schodów. W końcu po wspinaczce udało nam się zrzucić plecaki i pójść na ulubioną brazylijską potrawę: ryż z czarną fasolą, mięsem, frytkami i makaronem (tak, tak wszystko stanowi jedną potrawę). Najedzeni po uszy skierowaliśmy się na jedną z najsłynniejszych plaż świata: Copacabanę – szeroki pas piachu z mnóstwem boisk do gry w siatkówkę plażową i niezliczoną liczbą barów przy deptaku. Brzegiem oceanu udaliśmy się w stronę Ipanemy, kolejnej po Copacabanie plaży polecanej przez miejscowych, spokojniejszej ale równie pięknej. Posiedzieliśmy na drobnym piasku, posłuchaliśmy szumu fal i w ten sposób przywitaliśmy pierwszy nasz wieczór w Rio.

Rankiem skierowaliśmy się na taras naszego hostelu, z którego rozpościera się widok na miasto z nieodłącznym symbolem Rio – pomnikiem Jezusa Zbawiciela. Zjedliśmy śniadanie, oddając banany małpkom, które przychodziły i domagały się swojej porcji jedzenia. Tego dnia postanowiliśmy zobaczyć centrum: widzieliśmy Catedral Metropolitana de Sao Sebastiao o niesamowitej bryle, Theatro Municipal i Bibliotekę Narodową. Później przez przypadek trafiliśmy na wykonane z kolorowych płytek ceramicznych schody w dzielnicy Lapa (Arcos de Lapa). Różnobarwne płytki przedstawiały symbole z różnych stron świata, wkomponowane w czerwony motyw przewodni scalający różnobarwne płytki. Szukaliśmy choćby jednej płytki z naszego rodzimego kraju – niestety nie udało się, za to spotkaliśmy kilku Polaków, którzy polecili nam co warto zobaczyć w Rio.

Z czego słynie Rio? Z karnawału! A z czego słynie karnawał? Z samby oczywiście! Dlatego jak tylko usłyszałyśmy z Elą, że w mieście można zobaczyć treningi brazylijskich samba school stwierdziłyśmy, że musimy to zobaczyć. Największy wybór jest w sobotę, my przyjechaliśmy w niedziele i do wyboru były już tylko 2. Decyzja: idziemy! Podpytałyśmy w informacji turystycznej, rozmawiałyśmy z ludźmi, która z tych 2 jest lepsza. W końcu wybrałyśmy jedną, wystarczyło jeszcze zadzwonić i zarezerwować miejsca, o co poprosiliśmy chłopaka z recepcji naszego hostelu. Na co on zaproponował: „chodźcie ze mną i z moimi znajomymi na sambę jutro! Ludzie tańczą na ulicy, największa impreza Rio!” – możecie sobie tylko wyobrazić naszą euforię. Oczywiście postanowiliśmy pójść! Następnego dnia odszykowani w czyste ciuchy ruszamy z naszym recepcjonistą – dotarliśmy na miejsce, a tam… dyskoteka pod gołym niebem. Klimat super, samba w przerwie pomiędzy przebojami R’n’B też była ale tancerek odzianych w pióra nie było.. Coś chyba się nie dogadaliśmy J Trzeba jednak przyznać, że było całkiem nieźle, sami lokalsi i 4 gringo w sandałach..

Kolejnego dnia nie odpuściliśmy i ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu samby. Skierowaliśmy się do dzielnicy Lapa gdzie jest kilka barów z sambą graną na żywo. Poszwędaliśmy się, posłuchaliśmy świetnych utworów, po czym chłopaki dali znak, że idziemy do hostelu… W drodze na autobus zatrzymaliśmy się na chwilę przy garażu gdzie trenowała grupa grająca na bębnach. Staliśmy wmurowani przez kilkadziesiąt minut wsłuchując się w rytm wybijany przez Brazylijczyków. Chwilę później zaczęły się treningi samby w garażu obok. Z zaciekawieniem i podziwem obserwowaliśmy ruchy tancerzy, wczuwając się nieco w rytm samby potupując nóżką. Po chwili podszedł do mnie i do Eli trener zapraszając do tańca! Nie minęła sekunda, a my już powtarzałyśmy pierwsze kroki samby. To było niesamowite przeżycie – początki samby, pod okiem trenera z Rio mamy już opanowane, także drżyj Polsko – kolejny karnawał będzie nasz 😉

Kolejnego dnia rozdzieliliśmy się: Darowscy zwiedzali ogród botaniczny, a my z Łukaszem ruszyliśmy do Niteroi – miasta sąsiadującego z Rio. To co nas przyciągnęło w te strony to po raz kolejny architektura Niemayera. Niteroi jest drugim, po stolicy Brasilii, brazylijskim miastem z największym skupiskiem projektów tego modernistycznego architekta. Po raz kolejny nie zawiedliśmy się. Warto było zobaczyć teatr oraz muzeum, których prosta bryła połączona z jaskrawymi akcentami tworzyła spójną całość wkomponowaną w krajobraz. My ze swojego dnia byliśmy bardzo zadowoleni, gorzej z Elą i Kamilem, którzy udali się do ogrodu botanicznego. Zgodnie z tym co opowiadali, ciekawsze okazy flory można było podziwiać z tarasu naszego hostelu..

Na koniec słów parę o największych atrakcjach Rio – pomniku Jezusa Zbawiciela (Cristo Redentor Corcovado) i Głowie Cukrowej (Pao de Acuar). Cieszymy się, że byliśmy w obu miejscach, ponieważ z obu rozpościerał się piękny widok na miasto. Poza tym tylko u stóp Jezusa Zbawiciela mogliśmy zobaczyć pomnik większy aniżeli jednocentymetrowa postać, którą można oglądać praktycznie z każdego miejsca w mieście. Faktem jest, że na samej górze tłok panuje niezmierny, ale jeżeli pojedziecie jednym z pierwszych transportów jest jeszcze szansa na całkiem fajne foty. Na górę możecie dostać się busem (41 R$ w ciągu tygodnia, 51 R$ w weekend) albo kolejką (cena około 55 R$).My wybraliśmy opcję tańszą, może mniej tradycyjną ale widoki myślę, że były podobne.

Co do Głowy Cukrowej – polecam bardzo każdemu, kto się wybiera do miasta samby. Cena za wjazd kolejką kształtuje się na poziomie 62 R$ za bilet normalny, 31 R$ za ulgowy. Wybierzcie się tam wtedy, gdy zachodzi słońce – widok jest niezapomniany! Także gdy światła oświetlają miasto po zmroku. Można siedzieć i podziwiać. Ubierzcie się tylko ciepło bo do góry trochę wieje 🙂

Rio de Janerio jest pięknym i ciekawym miastem, gdzie zobaczyliśmy nawet więcej niż nam się wydawało, że jest do zobaczenia. Na pewno tu wrócimy, żeby uczestniczyć w karnawale – w końcu pierwsze kroki samby mamy już opanowane!

Kasia & Łukasz

DSC_0765DSC_0149

Reklamy

Ann Beatriz

Beatriz, if you read this and we hope that yes ‚cos you promise to spy our journey, we would like to thank you very much for host us at your home, for your help, good advices, to tell us few things about brazilian coulture. It was nice time, hope we see each other in Poland next year;)

Jak do tej pory nocleg u naszej brazylijskiej koleżanki był największą przygodą, uwielbiamy zapuszczać się tam, gdzie nie ma innych turystów, tam gdzie możemy posmakować czegoś innego czegoś więcej niż doświadczy turysta z przewodnikiem. Dzięki Beatriz udało nam się bliżej poznać Brazylię, jej mieszkańców i kulture. Goszcząc nas u siebie w domu ona i jej mama pokazały nam życie lokalnych od podszewki. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że nocleg na faweli wiąże się z ryzykiem, ale kiedy Beatriz odpisała Darowi na couchsurfing mnie zaświeciły się oczy, witaj przygodo…

Ela&Kamil

Sao Paolo: Nie taka fawela straszna, jak ją piszą

Po 12 godzinach lotu z Madrytu finalnie wylądowaliśmy w blisko 12 milionowym Sao Paolo, największym brazylijskim mieście. Pierwszym naszym zadaniem było dotarcie na najdłuższą ulicę w mieście (Paulista) skąd odebrała nas Beatriz – dziewczyna, która w ramach couchsurfingu zaproponowała nam swoją pomoc i nocleg w Sao Paolo. Zastanawialiśmy się trochę nad jej propozycją gdyż, jak zaznaczyła na swoim profilu, mieszka na faweli, dzielnicy biedy na przedmieściach miasta. Z uwagi na łatwą komunikację mailową oraz dobre opinie osób, które odwiedziły ją wcześniej ostatecznie odpowiedzieliśmy na jej zaproszenie. Był to bardzo dobry wybór. Beatriz okazała się bardzo sympatyczną 18-latką, mieszkającą z mamą, 2 psami: Apollo i Billy i kotem Fly. Bardzo pomogła nam w odkrywaniu miasta oraz w komunikacji z Brazylijczykami – mało kto rozmawia tutaj po angielsku, co stanowi istotny problem dla osób, które potrafią powiedzieć jedynie „obrigada” (dziękuję) po portugalsku.

Pierwszego dnia w Sao Paolo postanowiliśmy zobaczyć Ibrapuera Park. Pełni werwy i ochoty w 34 C upale wyruszyliśmy zgodnie z wskazówkami naszej brazylijskiej koleżanki. Jedziemy, jedziemy i jedziemy – końca nie widać. Do celu dzieliły nas 2 autobusy, z czego pierwszym jechaliśmy blisko 2 godziny, podczas których każdy z nas zdążył się zdrzemnąć. W końcu po 43 (!) przystankach mogliśmy wysiąść z pierwszego autobusu ale zanim cokolwiek zjedliśmy zaczęło robić się ciemno (około godziny 18) dlatego postanowiliśmy wrócić do domu gdyż i tak w nocy niczego byśmy nie zobaczyli… Sao Paolo to komunikacyjny koszmar z milionami autobusów, z przystankami zaznaczonymi jedynie betonowymi słupami bez numerów autobusów o rozkładach zapominając. Dlatego jeśli nie wiesz jak jechać, czym jechać i nie rozmawiasz po portugalsku – odradzamy samodzielniej wyprawy.

Dobra koniec narzekania – teraz trochę o kuchni, którą na razie zaczynamy poznawać. Pierwsze na ruszt (dosłownie) poszło carne del sol – solone mięso z rusztu podawane z sadzonym jajkiem, ryżem, fasolą i warzywami. Dużym zaskoczeniem był ryż podawany z fasolą co daje całkiem niezłe połączenie.

Kolejnego dnia wstaliśmy wcześnie rano i udało nam się dotrzeć do Ibrapuera Park – największego parku w Sao Paolo gdzie można odetchnąć od zatłoczonych ulic. Największą zaletą parku były budowle projektu Oscara Niemeyera – brazylijskiego architekta który współtworzył modernistyczną Brasilie – stolicę Brazylii. Bryły Auditorio i Oca zrobiły na nas szczególne wrażenie. Spędziliśmy w parku całkiem miłe, sobotnie popołudnie z Beatriz, posłuchaliśmy trochę muzyki i na koniec pojechaliśmy jeszcze zobaczyć Edificio Copan – kolejny projekt Niemeyera. Mimo zmierzchu zobaczyliśmy wspaniały kształt budynku układającego się w falę z warstwami kolejnych 38 poziomów. Świetną sprawą w Sao Paolo jest wyróżnienie sygnalizacji świetlnej w pobliżu ciekawych miejsc w mieście – zamiast czerwonego i zielonego pamperka jest piktogram obiektu np Edificio Copan – ciekawy pomysł dla turystów poszukujących najciekawszych miejsc w mieście.

auditorio1

Na koniec naszego wpisu z Sao Paolo parę słów o faweli, której tak bardzo każdy z nas się bał, a która okazała się bezpiecznym miejscem, bezpieczniejszym niż centrum miasta gdzie każdy kurczowo trzymał się swoich rzeczy. Na faweli owszem mieszkają biedniejsi ludzie, ale niestety w tak wielkim mieście tą biedę widać na każdym kroku, a tu przynajmniej każdy ma swój dom, który wybudował najczęściej sam według sobie tylko znanego projektu. Beatriz pracuje, uczy się, świetnie rozmawia po angielsku, zresztą podobnie jak jej brat i bratowa.

Ostatniego wieczora u Beatriz skosztowaliśmy brazylijskich smaków: napiliśmy się Carpirinhi, zjedliśmy kuleczki z serem i popiliśmy sok z trawy cukrowej (strasznie słodki) po czym zapytaliśmy czy możemy wejść na dach jej domu aby zobaczyć fawelę w całej okazałości. Po chwili byliśmy na miejscu i obserwowaliśmy tysiące domów wkomponowanych na faliście ukształtowanym terenie – wrażenie niesamowite. Z Elą nie mogłyśmy odpuścić sobie wschodu słońca i dzisiejszego ranka ponownie obserwowałyśmy fawelę – tym razem jak budzi się do życia.

fawela2

Kasia & Łukasz